- Kategoria: Komunikaty
- admin
Matchatini i zielone koktajle - matcha wchodzi do baru
Na weselu pod koniec czerwca podeszła do baru pani w średnim wieku i zapytała, czy to szpinak. Chodziło o matchatini, który akurat robiliśmy dla stolika obok. Wypiła, odstawiła kieliszek i po dziesięciu minutach wróciła po drugi. Tak to zwykle wygląda. Najpierw zielony drink budzi podejrzliwość, a potem robi się do niego kolejka.
Dwa sezony temu miksowaliśmy matchę głównie na stoiskach targowych. Dziś pary młode pytają o nią jeszcze przed podpisaniem umowy z salą. Nie dlatego, że zdrowa. Dlatego, że zielona i nikt czegoś takiego wcześniej na sali nie widział.
Zielony kolor, który schodzi po kwadransie
Matcha się nie rozpuszcza. To sproszkowany liść, czyli zawiesina. Wsyp ją prosto do shakera, a za chwilę opadnie na dno kieliszka szarym osadem. Dlatego zaczynamy zawsze tak samo: sitko, mała miska, woda grubo poniżej wrzenia. Wrzątek wyciąga z matchy gorycz i tego się już nie odkręci.
Druga sprawa to kwas. Chlorofil, który daje matchy intensywną zieleń, ciemnieje od soku z cytryny. Zaraz po podaniu koktajl wygląda świetnie, a kwadrans później stoi na stoliku w kolorze bagiennym. Nikt tego głośno nie komentuje, ale widać po zdjęciach - goście fotografują pierwsze pięć minut. Więc albo idzie mniej cytryny, albo podajemy w mniejszym kieliszku, żeby drink zszedł, zanim zmieni barwę.
Swoją drogą, ten sam kłopot mają barmani z koktajlami na ogórku i awokado, tylko tam nikt nie robi z tego afery. Przy matchy robi, bo o kolor tu przecież chodzi.
Co właściwie jest w matchatini
Baza jest prosta: matcha rozbita w odrobinie wody, wódka albo gin, coś słodkiego i lód. Reszta zależy od tego, czy wersja ma być wytrawna, czy kremowa. Wytrawna zostaje przy trawiastej goryczce i wygląda jak mętna zieleń w kieliszku koktajlowym. Do kremowej idzie mleko albo likier i wtedy bliżej jej do deseru niż do drinka.
I teraz rzecz, o której przy zamawianiu mało kto myśli: rodzaj matchy. Ceremonialna jest delikatna i lekko słodka. Pięknie pije się ją z samą wodą, ale wrzucona do shakera z ginem po prostu znika. Kulinarna jest mocniejsza i bardziej gorzka, więc to ona przebija się przez alkohol i cukier. Koktajle robimy na kulinarnej i jeszcze nikt się nie skarżył.
Do tego dochodzą warianty bez procentów, a tych schodzi najwięcej. Matcha z tonikiem nalana warstwami wygląda w wysokiej szklance jak dwukolorowy drink i nie wymaga żadnej sztuczki. Matcha z lemoniadą, matcha na wodzie kokosowej, wszystko na zimno, dużo lodu. No i zwykłe iced matcha latte, które na lipcowym weselu potrafi zrobić większą kolejkę niż wódka.
Kto sięga po zielone drinki na imprezach w regionie
Kierowcy. Grupa pierwsza i najbardziej oczywista. Na weselach w okolicy połowa gości wraca autem tego samego wieczoru albo nad ranem, a sok pomarańczowy w ręce to, delikatnie mówiąc, słaba pociecha. Zielony mocktail w porządnym kieliszku załatwia sprawę: człowiek trzyma coś, co wygląda jak drink, i nikt go nie pyta, czemu nie pije.
Druga grupa to firmy. Na konferencji przed południem o wódce nikt nie myśli, za to o dobrej kawie owszem. Coraz częściej w zapytaniu obok klasycznego drink baru pojawia się matcha bar ustawiony jako osobne stanowisko przy ekspresie. Wtedy jedna osoba robi shoty i latte, druga miesza koktajle, a kolejka rozkłada się na dwa punkty zamiast jednego. Przy stu pięćdziesięciu osobach to różnica między płynnym wydawaniem a korkiem tuż po oficjalnej części. Ekipy z mobilnym barem jeżdżą dziś po całej Polsce z własnym sprzętem, więc nie ma już znaczenia, czy sala stoi w środku miasta, czy trzydzieści kilometrów za nim. Liczy się raczej to, ile stanowisk realnie potrzeba i gdzie je postawić.
Na końcu są młodsi goście, którzy piją po prostu mniej niż ich rodzice na weselach sprzed dwudziestu lat. Nie robią z tego żadnej deklaracji. Wolą wypić dwa dobre drinki niż osiem byle jakich, a jeden z tych dwóch coraz częściej jest bez procentów.
Czego nauczyliśmy się przy zielonym barze
Przede wszystkim matchę trzeba rozbijać na bieżąco, małymi partiami. Przygotowana rano na cały wieczór traci aromat i po kilku godzinach smakuje sianem. Lepiej przystanąć na moment przy szóstym koktajlu i zrobić świeżą porcję, niż wydać dwadzieścia identycznych ze słoika.
Zielony drink musi też wyglądać. Bardziej niż smakować, szczerze mówiąc: idzie przezroczyste szkło, widoczna warstwa i szczypta matchy na piance. Gość najpierw robi zdjęcie, dopiero potem pije, i nie ma co się na to obrażać.
Najmniej oczywiste jest to, że matcha nie każdemu smakuje. Ma wyraźne umami, tę trawiasto-morską nutę, która jednym pasuje od pierwszego łyka, a innym nie pasuje wcale. Obok zielonego stanowiska zawsze stoi więc coś neutralnego. Na jednej imprezie matchatini schodzi przez cały wieczór, na innej ledwie kilka sztuk, a bar wygląda dokładnie tak samo.
Jedna rzecz wyszła nam zupełnie przypadkiem. Kiedy barista ubija matchę chasenem, tą bambusową miotełką, ludzie przystają i patrzą jak na mały pokaz. Wystarczy robić to na widoku, przy ladzie, a nie gdzieś z tyłu. Na targach zielona pianka przy stoisku ciągnie gości mocniej niż sam ekspres, choć nikt tego nie planował jako atrakcji.
Matcha nie zastąpi klasycznego baru i nikt rozsądny tego nie planuje. Ale jako drugie stanowisko, obok wódki i klasyki, robi robotę - zwłaszcza tam, gdzie połowa sali nie pije. Kto szykuje wesele albo firmową imprezę na przyszły sezon, dobrze zrobi, pytając o zielony bar przy pierwszej rozmowie, nie tydzień przed terminem. Później do wzięcia zostają głównie listopadowe piątki.
Materiał zewnętrzny



