Powiadomienie o plikach cookie Strona korzysta z plików cookies i innych technologii automatycznego przechowywania danych do celów statystycznych, realizacji usług i reklamowych. Korzystając z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będą one zapisane w pamięci urządzenia, więcej informacji na temat zarządzania plikami cookies znajdziesz w Polityce prywatności.

Kontakt z redakcją: tel. 795 913 666 redakcja@tsk24.pl

Jak rozpętano II wojnę światową... Piotr Jan Nasiołkowski

Według pierwotnego zamiaru Adolfa Hitlera, siły zbrojne III Rzeszy miały zaatakować Polskę 26 sierpnia 1939 roku. Dlatego też jednostki Wehrmachtu opuściły koszary 19 sierpnia 1939 roku i przemieściły się w kierunku granicy niemiecko-polskiej zajmując pozycje wyjściowe do ataku na nasz kraj.
W momencie, gdy kolumny Wehrmachtu zmierzały w kierunku granicy z Polską; w Moskwie toczyły się rozmowy prowadzone przez ministrów spraw zagranicznych III Rzeszy i ZSRR. Zakończyły się one podpisaniem w Moskwie 23 sierpnia 1939 roku sławetnego Paktu Ribbentrop-Mołotow otwierającego Niemcom drogę do rozpętania nowej wojny, postrzeganej przez nich jako niezawodny sposób odzyskania terytoriów utraconych na wschodzie na rzecz Polski w efekcie Traktatu Wersalskiego pieczętującego klęskę poniesioną przez Cesarstwo Niemieckie w wojnie światowej, która wówczas jeszcze nie miała swojego numeru. Tak właśnie znaczenie sowiecko-niemieckiego porozumienia oceniał Ernst Freiherr von Weizsäcker, ówczesny podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych III Rzeszy i zarazem ojciec dwóch żołnierzy Wehrmachtu biorących udział we wrześniowym najeździe na Polskę. Obydwaj bracia służyli w 9. Poczdamskim Pułku Piechoty. Młodszym z nich był Richard von Weizsäcker, późniejszy Prezydent Republiki Federalnej Niemiec. Zaś starszym z braci, był dwudziestodwuletni podporucznik Heinrich Victor Freiherr von Weizsäcker, poległy w walce wręcz już drugiego dnia wojny, nieopodal wsi Klonów, położonej około czterdziestu kilometrów na północ od Bydgoszczy.

tsk24.pl
Fot.1. 23 sierpnia 1939 roku. Pamiątkowa fotografia po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow

tsk24.pl
Fot.2.  Przybycie niemieckiego pociągu wojskowego do Kluczborka

tsk24.pl
Fot.3.  Namioty obozowiska Wehrmachtu przy granicy z Polską


O tym, że ocena ta była nad wyraz właściwą przekonuje nas to, iż niezwłocznie po podpisaniu tego sowiecko-niemieckiego porozumienia - ze szczecińskiego portu wypłynął do Świnoujścia pancernik „Schleswig-Holstein”, gdzie podczas krótkiego postoju pobrał zapas amunicji artyleryjskiej. Następnie, ten płynący z misją rozpoczęcia wojny okręt - wziął kurs na Gdańsk. Jednocześnie z Kłajpedy, anektowanej przez III Rzeszę w marcu 1939 roku, wypłynęła flotylla niemieckich trałowców wiozących na swoich pokładach 220 żołnierzy kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Trałowce spotkały się ze „Schleswigiem-Holsteinem” na pełnym morzu, na wysokości Ustki. Dowodzeni przez porucznika Wilhelma Henningsena żołnierze przeszli na pokład, a raczej pod pokład pancernika. Działo się to nocą z 24 na 25 sierpnia 1939 roku. Rankiem 26 sierpnia ta kompania szturmowa Wehrmachtu miała wykonać zadanie zaatakowania polskich pozycji na Westerplatte, leżącym u wejścia do gdańskiego portu.

tsk24.pl
Fot.4. 25 sierpnia 1939 r. Holowniki wychodzące z gdańskiego portu po Schleswiga- Holsteina

tsk24.pl
Fot.5. 25 sierpnia 1939 r. Schleswig- Holstein wchodzi do portu gdańskiego

tsk24.pl
Fot. 6. Schleswig- Holstein witany entuzjastycznie w porcie gdańskim

tsk24.pl
Fot.7.  25 sierpnia 1939 r. Te działa Schleswiga- Holsteina następnego dnia miały rozpocząć wojne ostrzałem Westerplatte.

tsk24.pl
Fot.8. Powitanie Schleswiga-Holsteina w Gdańsku 25 sierpnia 1939

tsk24.pl
Fot. 9.  Gdańszczanie witają Schleswiga-Holsteina

tsk24.pl
Fot.10. Nabrzeże portu gdańskiego pełne gdańczczan entuzjastycznie witających w dniu 25 sierpnia 1939 roku zwiastuna nadciagającej wojny

tsk24.pl
Fot.11. Uroczyste przemówienia powitalne z okazji wpłyniecia w dniu 25 sierpnia 1939 roku do gdańskiego portu Schleswiga-Holsteina.

tsk24.pl
Fot.12. Schleswig- Holstein cumuje przy gdańskim nabrzezu w dniu 25 sierpnia 1939 roku.


W piątek, 25 sierpnia 1939 roku tłumy niemieckich gdańszczan zgromadziły się na nabrzeżu portowym, by entuzjastycznie witać wpływający majestatycznie do Gdańska - z kurtuazyjną jakoby wizytą - szkolny pancernik „Schleswig-Holstein”. Niemcy planowali pierwotnie, że do Gdańska zawinie krążownik „Königsberg”. O zmianie decyzji przesądziło to, że „Schleswig-Holstein” posiadał większą siłę ognia artyleryjskiego, gdyż był wyposażony w działa większego kalibru niż krążownik „Königsberg”, co pozwalało na prowadzenie z gdańskiego portu ostrzału artyleryjskiego nie tylko Westerplatte, ale również Gdyni oraz umocnień naszej bazy marynarki wojennej na półwyspie Hel. Witany owacyjnie przez tłumy gdańszczan, pancernik „Schleswig-Holstein” zakotwiczył dokładnie naprzeciwko polskiej placówki na Westerplatte. Przejęci na pełnym morzu i ukryci pod pokładem pancernika żołnierze kompanii morskiej czekali na sygnał do ataku.

tsk24.pl
Fot. 13. Stłoczeni pod pokładem Schleswiga-Holsteina żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena


Jak zostało na wstępie wspomniane; realizacja „Fall Weiss” miała pierwotnie rozpocząć się o świcie 26 sierpnia 1939 roku. Kolumny niemieckie maszerujące już w kierunku granicy z Polską - w ostatniej chwili - zostały zatrzymane odgórnym rozkazem.
Jednakże rozkaz zatrzymania się nie zdołał dotrzeć do zorganizowanej przez Abwehrę grupy dywersyjnej dowodzonej przez porucznika dr. Hansa Albrechta Herznera. Niemieccy dywersanci podjęli więc - w godzinach nocnych 26 sierpnia - próbę opanowania stacji kolejowej Mosty oraz wiodącego w jej kierunku tunelu kolejowego na przełęczy Jabłonkowskiej, co było pomyślane jako utorowanie na polskim terytorium drogi regularnym formacjom 7. Dywizji Piechoty Wehrmachtu.
Na skutek tego, że mający nastąpić o godzinie 4.45 atak na Polskę został jednak odwołany i oczekiwane oddziały 7. Dywizji Piechoty nie nadeszły - niemieccy dywersanci w cywilnych ubraniach znaleźli się na skutek polskiej kontrakcji w niebywale trudnym położeniu, lecz zdołali się wycofać ku ówczesnej polsko-słowackiej granicy. Niemcy szykujące się wszak do ataku na Polskę przełożonego jedynie na dzień 1 września - obłudnie przeprosiły stronę polską tłumacząc, że sprawcą incydentu był niepoczytalny osobnik.
Przyczyną odwołania w ostatniej chwili ataku na nasz kraj było demonstracyjne udzielenie Polsce przez Wielką Brytanię gwarancji przyjścia z pomocą militarną w przypadku niemieckiej agresji. Było to niejako potwierdzeniem wcześniejszej umowy sojuszniczej, co postrzegać należy jako brytyjską reakcję na wieść o zawartym dwa dni wcześniej sojuszu Hitlera ze Stalinem. Informacja o tym nieoczekiwanym sojuszu przekazana stronie polskiej przez Anglików - została jednak przez nasze władze zlekceważona.
Brytyjska dyplomacja przyczyniła się więc nieopatrznie także i do tego, że żołnierze kompanii szturmowej porucznika Wilhelma Henningsena musieli tłoczyć się pod pokładem „Schleswiga-Holsteina” jeszcze przez kilka dni - aż do północy z 31 sierpnia na 1 września.


tsk24.pl
Fot.14. Silni, zwarci, gotowi. Marszałek Edward Śmigły-Rydz

tsk24.pl
Fot.15.  Wojsko polskie na ulicy w strefie przygranicznej

tsk24.pl
Fot.16.  Przedwojenny polski plakat propagandowy

tsk24.pl
Fot.17. Marszałek Edward Śmigły-Rydz wśród generałów. Wiosna 1939 r.

A tymczasem cały Naród niezłomnie wierzył w zapewnienia całkowicie już oderwanych od rzeczywistości sanacyjnych polityków głoszących wszem i wobec jacy to jesteśmy silni, zwarci i gotowi... I że nawet jednego guzika od płaszcza, Niemcom nie oddamy...
W zaistniałej sytuacji międzynarodowej; Adolf Hitler potrzebował pilnie pretekstu mającego stanowić usprawiedliwienie zaatakowania Polski. Zadanie dostarczenia takowego pretekstu do rozpoczęcia przeciwko Polsce działań wojennych przez siły zbrojne III Rzeszy otrzymał szef SD, Reinhardt Heydrich.

tsk24.pl
Fot. 18. SS-Sturmbahnführer Alfred Naujocks. Zdjęcie powojenne


Wieczorem, 31 sierpnia, tuż po godzinie dwudziestej; siedmiu - przebranych za powstańców śląskich - napastników, dowodzonych przez oficera SD, SS-Sturmbahnführera Alfreda Naujocksa wtargnęła do pomieszczeń radiostacji gliwickiej, położonej w odległości około dziesięciu kilometrów od ówczesnej granicy polsko-niemieckiej. Posługując się tzw. mikrofonem burzowym, napastnicy wyemitowali w eter w języku polskim wiadomość, że radiostacja gliwicka znajduje się w polskich rękach. Oszołomiony narkotykami, przebrany w polski mundur powstańca śląskiego, więziony przez hitlerowców w Opolu, działacz plebiscytowy Franciszek Honiok został położony przy wejściu do radiostacji. Tutaj, osobiście oddał do niego kilka strzałów z pistoletu, dowodzący sfingowanym napadem, SS-Sturmbahnführer Alfred Naujocks. Zwłoki zamordowanego przez esesmana Franciszka Honioka, którego uznać należy za pierwszą ofiarę właśnie się rozpoczynającej wojny, miały być w oczach dziennikarzy namacalnym dowodem dokonania przez Polaków aktu dywersji na terytorium niemieckim, co też miało usprawiedliwiać od dawna już przygotowany, poranny atak niemieckich sił zbrojnych na Polskę.
Ta, opisana nawet w znakomitej powieści „Pierwsza polka” autorstwa urodzonego w Gliwicach niemieckiego pisarza Horsta Bienka, prowokacja gliwicka, jest najbardziej znaną, spośród dwudziestu jeden tego rodzaju akcji zaaranżowanych przez hitlerowców w ostatnich dniach pokoju. W swoim porannym przemówieniu, wygłoszonym w Reichstagu 1 września 1939 roku - Adolf Hitler obwieścił światu wojnę III Rzeszy z Polską, przedstawiając zarazem podjęcie niemieckich działań militarnych jako skutek pasma polskich prowokacji. W swoim przemówieniu wyeksponował dokonanie napadu na radiostację gliwicką twierdząc, iż dokonali tego oficerowie Wojska Polskiego.

tsk24.pl
Fot.19.  Bombardier Stefan Nasiołkowski


. A tymczasem nad Wartą, od pierwszych godzin nocnych 1 września 1939 roku, na jednej z tych najbardziej wysuniętych na zachód polskich pozycji obronnych - mój stryj Stefan, wraz z innymi żołnierzami 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, oczekiwał na rozpoczęcie natarcia sił zbrojnych III Rzeszy. Bombardier Stefan Nasiołkowski, najstarszy syn mojego dziadka, służył w wojsku już od prawie dwóch lat, a więc należał do rocznika żołnierzy optymalnie wyszkolonych.
Po drugiej stronie granicy do zaatakowania pozycji 30. Poleskiej Dywizji Piechoty przygotowywały się jednostki wchodzące w skład dowodzonego przez generała artylerii Emila von Leeba - XI Korpusu Wehrmachtu, stanowiącego część VIII Armii, na czele której stał generał Johannes von Blaskowitz. Były to dwie dywizje: dowodzona przez generała porucznika Friedricha-Carla Cranza 18. Dywizja Piechoty oraz 19. Dolnosaksońska Dywizja Piechoty, podlegająca komendzie generała porucznika Günthera Schwantesa.
W tym samym czasie w Gdańsku, z pokładu zakotwiczonego w Nowym Porcie pancernika „Schleswig-Holstein” schodzili już na ląd przywiezieni z Kłajpedy żołnierze kompanii szturmowej dowodzonej przez porucznika Wilhelma Henningsena. Ich zadaniem było zdobycie szturmem polskiej placówki na Westerplatte. Oczywiście zaplanowano, że natarcie kompanii szturmowej zostanie poprzedzone silnym i zaskakującym przygotowaniem artyleryjskim prowadzonym z dział „Schleswiga-Holsteina” zakotwiczonego naprzeciw polskiej placówki.

tsk24.pl
Fot.20. Wieluń zniszczony bombardowaniem w dniu 1 wrzesnia 1939 roku

tsk24.pl
Fot.21.  Zniszczony Wieluń

tsk24.pl
Fot.22. Wrzesień. 1939 r. Oddziały Wehrmachtu wkraczają do zbombardowanego Wielunia.

Nim wstał tamten, pierwszy wrześniowy świt 1939 roku, już o godzinie 4.00 niemieckie samoloty zbombardowały przygraniczny Wieluń. Pierwsze bomby spadły na miejscowy szpital p.w. Wszystkich Świętych. W żadnym wypadku nie może być tu mowy o jakiejkolwiek pomyłce. Bombardowanie szpitala było całkowicie zgodne z niespotykaną dotąd doktryną wojenną, jakiej hołdowały siły zbrojne nazistowskich Niemiec. Cel został więc wybrany niezwykle starannie. Niemieckie samoloty z niskiego pułapu zrzucające bomby na wieluński szpital zostały nań naprowadzone przez niemieckiego szpiega o nazwisku Stuhle. Był on ponoć uczniem miejscowego gimnazjum. Aby realizować swe szpiegowskie zadania specjalnie przybył do Wielunia z Łodzi.
Zaatakowanie oznakowanego czerwonymi krzyżami budynku szpitala miało niewątpliwie na celu zniszczenie zaplecza medycznego, jakże przecież nieodzownego dla potrzeb każdej walczącej armii. W efekcie tamtego nalotu pod gruzami szpitala zginęło trzydzieści dwie osoby w tym dwudziestu sześciu jego pacjentów. Ofiar byłoby zapewne jeszcze więcej, gdyby nie to, że poprzedniego dnia pospiesznie wypisano ze szpitala większość lżej chorych. Jak to już wyżej zostało wspomniane, w przewidywaniu wybuchu wojny szpital najwyraźniej szykował wolne łóżka dla rannych żołnierzy. Tamten nalot przeprowadzony przez Luftwaffe z całkowitego zaskoczenia obrócił to przygraniczne miasto w gruzy i pociągnął za sobą około 1200 śmiertelnych ofiar spośród jego cywilnych mieszkańców oraz okolicznych chłopów, którzy tamtego poranka, jeszcze przed świtem przyjechali swoimi furmankami do Wielunia na cotygodniowy targ.

tsk24.pl
Fot. 23. Generał major Wolfram von Richthofen


Odnotować w tym miejscu należy, że liniowa jednostka Luftwaffe Kampfgeschwader 76. Immelmann, której bombowce nurkujące Ju-87 zwane sztukasami, zaatakowały barbarzyńsko przygraniczny, 15-tysięczny wówczas Wieluń, wchodziła w skład IV floty powietrznej Luftwaffe. Dowodził nią generał major Wolfram Freiherr von Richthofena. To ten sam człowiek, który 26 kwietnia 1937 roku wydał - dowodzonemu wówczas przez siebie Legionowi Condor - rozkaz starcia z powierzchni ziemi baskijskiego miasteczka Guernica.

tsk24.pl
Fot. 24. Major Tadeusz Kierst


W tym samym czasie, gdy na Wieluń spadały już niemieckie bomby; major Tadeusz Kierst dowóedca II Batalionem 84. Pułku Strzelców Poleskich otrzymał wiadomość od podporucznika Kazimierza Molteniego dowodzącego zwiadem kolarzy, że już o godzinie 3.45 wojska niemieckie przekroczyły granicę naszego państwa. Stało się to w miejscowości Praszka, skąd po wymianie ognia, ze swych stanowisk wyparta została przez Niemców polska straż graniczna. Ten przekaz odnoszący się do miejsca i czasu rozpoczęcia przez Niemców działań wojennych zawiera relacja spisana ręką majora Tadeusza Kiersta. Fakt ten znajduje swoje potwierdzenie także we wspomnieniach majora Stanisława Nikodemowicza, dowódcy I dywizjonu 30. Poleskiego Pułku Artylerii Lekkiej, w których pisze on o strzałach karabinowych słyszanych z kierunku granicy już o godzinie 3.40. Nie był to bynajmniej odosobniony incydent graniczny tego rodzaju. W obszarze granicznym obsadzonym siłami Armii „Łódź” odnotowano jeszcze co najmniej dwa tego rodzaju zdarzenia. Jak sądzę, ostrzelanie przez Niemców posterunków naszej straży granicznej na całą godzinę przed przystąpieniem do realizacji działań zaszyfrowanych kryptonimem „Fall Weiss” miało na celu wyparcie ze swych stanowisk polskiej straży granicznej - zapewne po to, by jednostki Wehrmachtu zgrupowane po drugiej stronie granicy i przygotowane już do jej przekroczenia - mogły uczynić to bez żadnych już przeszkód o zaplanowanej odgórnie godzinie 4.45. Na wieść o słyszanych od granicy strzałach major Stanisław Nikodemowicz udał się na dywizjonowy posterunek obserwacyjny i wydał rozkazy gotowości otwarcia ognia zaporowego w postaci dwóch ześrodkowań na przedpole miejscowości Parzymiechy, skąd spodziewać się należało natarcia broni pancernej nieprzyjaciela. Wyprowadzeniu ataku czołgów na tym odcinku sprzyjało bowiem wybitnie zadrzewienie wsi, rozciągające się na dość bliską odległość od stanowisk naszej piechoty. Na północnym odcinku granicy Rzeczypospolitej jednym z pierwszych celów militarnych niemieckiego dowództwa było opanowanie granicznych mostów w Tczewie. Jeden z nich obsługiwał ruch drogowy, drugi zaś kolejowy. Obydwa równolegle spinały wiślane brzegi. Nurt Wisły stanowił wówczas granicę pomiędzy Polską a terytorium Wolnego Miasta Gdańska. Nie można zapominać, że Rzeszę od Prus Wschodnich oddzielało polskie Pomorze, zwane przez Niemców pogardliwie „polskim korytarzem”. Uchwycenie nienaruszonych mostów w Tczewie pozwalało nacierającym od zachodu z terytorium III Rzeszy jednostkom Wehrmachtu przejść przez Prusy Wschodnie i bez konieczności prowadzenia walk błyskawicznie wyjść na tyły polskich pozycji. Zarówno Niemcy, jak i Polacy doskonale rozumieli, jak ważne militarne znaczenie posiadają te mosty. Dlatego też, już w miesiącach letnich 1939 roku, przebrani za cywilnych robotników saperzy dowodzeni przez podporucznika Norberta Juchtmana zaminowali obydwa mosty, a niebawem zabezpieczono je także przed niespodziewanym wjazdem ze strony terytorium gdańskiego.
Zaś Niemcy, w ramach swych przygotowań do wojny - prowadzili oczywiście rozpoznanie mostów w Tczewie. Z tej to przyczyny, w sierpniu 1939 roku, wielokrotnie przejeżdżali przez te mosty zaopatrzeni w fałszywe paszporty dwaj niemieccy wojskowi; porucznik Bruno Dilley, dowódca stacjonującego w Elblągu klucza nurkujących bombowców Junkers 87, oraz pułkownik Karl Busick.

tsk24.pl
Fot. 25. Klucz zwanych sztukasami nurkujących bombowców Ju-87


tsk24.pl
Fot.26. Wysadzone mosty w Tczewie 1 września 1939

tsk24.pl
Fot. 27. Podporucznik Norbert Juchtman

Niemcy zaplanowali atak bombowców w sposób zsynchronizowany z wjazdem od strony Malborka rozkładowego pociągu, w którym mieli znajdować się ukryci żołnierze Wehrmachtu. Nim rozpoczął się ostrzał Westerplatte; 1 września o godzinie 4.34, dowodzone przez porucznika Bruno Dilleya, samoloty Luftwaffe zaatakowały pozycje polskich saperów. Niemieckie bomby spowodowały wprawdzie zerwanie kabli, które łączyły ładunki wybuchowe na mostach z pozycjami polskich saperów, ale za sprawą działań polskich kolejarzy z granicznej stacji Szymankowo - wjazd żołnierzy Wehrmachtu na most kolejowy się nie udał. Pociąg-zasadzka został skierowany na ślepy tor, zaś z polskich pozycji padły strzały. Uszkodzone kable niezwłocznie naprawiono. O godzinie 6.10 pierwsza detonacja zniszczyła przęsła mostów od strony Lisewa, zaś o godzinie 6.40 nastąpiła druga detonacja, niszcząca przęsła mostów od strony Tczewa. Saperzy dowodzeni przez pochodzącego z Pruszkowa podporucznika Norberta Juchtmana - wykonali swoje zadanie.
Odnotować należy, że podporucznik Norbert Juchtman poległ 22 września 1939 roku pod Łomiankami.
Niemieckie natarcie rozpoczynające wojnę przeciwko Polsce wyszło z rejonu pomiędzy dwoma śląskimi miastami, które dziś zwą się Kluczbork i Olesno, zaś wówczas nosiły niemieckie nazwy Kreuzburg i Rosenberg.

tsk24.pl
Fot. 28. Przekraczanie polskiej granicy 1 września 1939 r.

tsk24.pl
Fot.29. Wehrmacht przekracza granicę z Polską w dniu 1 września 1939 r.

tsk24.pl
Fot.30. Kolumna niemieckiej 18 dywizji piechoty przekracza polską granicę

tsk24.pl
Fot.31. Szpica niemieckiej 18 dywizji piechoty Wehrmachtu

W świetle powyższego ze wszech miar mylny jawi się być głęboko jednak w świadomości naszej zakorzeniony powszechny pogląd, że wojnę zapoczątkowała salwa oddana z dział pancernika „Schleswiga-Holsteina” w kierunku Westerplatte. Tak naprawdę, to w momencie oddawania pierwszej salwy z zakotwiczonego w Gdańsku pancernika, już od godziny trwała wojna rozpoczęta daleko nad Wartą. Zatem efektowne przygotowanie artyleryjskie kładące ogień na polską placówkę na Westerplatte posiadać może jedynie wymowę czysto symboliczną z powodu swej wręcz imponującej medialnej nośności.

tsk24.pl
Fot.32. Schleswig-Holstein Ostrzał Westerplatte

tsk24.pl
Fot.33. Szturm Westerplatte

tsk24.pl
Fot.34.  Płonące Westerplatte po nalocie stukasów 3 września 1939

tsk24.pl
Fot.35. Gdańsk Srebrzysko. Pochówek zołnierzy niemieckich poległych w ataku na Westerplatte

Właściwie trudno się temu nawet specjalnie dziwić. Cały świat bowiem doskonale wiedział, że roszczenia terytorialne wysuwane przez Hitlera pod adresem Polski odnosiły się między innymi także do likwidacji statusu Wolnego Miasta Gdańska. Tymczasem śpiewany ówcześnie przez Maurice’a Chevaliera (jakże chwytliwy) szlagier mówiący o tym, że Francuzi nie mają najmniejszego zamiaru umierać za jakiś tam Gdańsk, nie wiadomo nawet gdzie leżący — wywoływał nie lada zachwyt francuskich żołnierzy, obsadzających niezdobyte jeszcze wówczas, gdyż - jak do tej pory - przez nikogo nie szturmowane, fortyfikacje linii Maginota.
O godzinie 5.00, kiedy już od niecałych piętnastu minut pancernik „Schleswig - Holstein” w najlepsze prowadził ogień ze wszystkich swoich dział, atak dziesięciu Stukasów doszczętnie zniszczył bombami centrum Działoszyna, jakże przecież odległego od Gdańska, Westerplatte oraz francuskich umocnień. Przeprowadzony pół godziny później następny nalot powiększył rozmiary zniszczeń i wzniecił liczne pożary. Trzeci atak z powietrza wykonany kwadrans po godzinie dziewiątej, tym razem przez formację złożoną już z trzydziestu Stukasów, dokonał dzieła doszczętnego niemal zniszczenia całego tego przygranicznego miasteczka, które znajdowało się już w zasięgu działania wrogiej artylerii również wciąż ostrzeliwującej zadymiony i płonący Działoszyn. Trzykrotny atak niemieckich bombowców oraz ostrzał artyleryjski pociągnęły za sobą śmierć około 100 cywilów, w tym 70 mieszkańców Działoszyna, w przeważającej mierze należących do kręgów miejscowej biedoty żydowskiej.
Pomiędzy drugim i trzecim nalotem Luftwaffe na Działoszyn, dokonanym przez maszyny należące do 76. i 77. Stukageschwader, dokładnie zaś o godz. 7.00, w kierunku niemieckich pozycji wyruszyło jedenaście polskich tankietek wchodzących w skład 41. kompanii czołgów rozpoznawczych TK. Tą pancerną formacją dowodził kapitan Tadeusz Witanowski. Uzbrojeniem tankietki był jedynie wielkokalibrowy karabin maszynowy. Po godzinie tankietki powróciły ze swojego pierwszego rajdu bojowego i przedefilowały przed pozycjami drugiej baterii dowodzonej przez porucznika Leona Witkowskiego. Na pierwszym pojeździe zatknięto kij, na którym pancerniacy fantazyjnie zawiesili swoje wojenne trofeum - niemiecki płaszcz oficerski oraz hełm. Jest wielce prawdopodobne, że były to części umundurowania i ekwipunku poległego od salwy polskiej artylerii w Zimnej Wodzie podpułkownika Hoehne, dowódcy niemieckiego 73. pułku piechoty, którą to stratę skrupulatnie odnotował w swej książce generał Otto von Knobelsdorff. Niemiecki kronikarz otwarcie przyznaje, że śmierć podpułkownika Hoehne stała się pretekstem do rozstrzelania przez żołnierzy 19. Dolnosaksońskiej Dywizji Piechoty - już pierwszego dnia wojny - 136 mieszkańców przygranicznej wsi Zimna Woda; w tym Antoniny Kęsik, położnicy trzymającej na ręku niemowlę urodzone ostatniego dnia pokoju,...

tsk24.pl
Fot. 36. Gdańsk Srebrzysko. Pogrzeb niemieckich zołnierzy poległych podczas szturmu Westerplatte.

tsk24.pl
Fot.37.  Przed spalonym domem w Zwoleniu

tsk24.pl
Fot.38. Wrzesień 1939 roku. Gdzieś w Polsce. Polskie dzieci i ich matka zabite przez lotnika Luftwaffe.

tsk24.pl
Fot. 39.  Rozstrzelani przez niemieckich zołnierzy 1 września 1939 roku, mieszkańcy polskiej ws Zimna Woda

Granicząc na wschodzie oraz zachodzie z dwoma państwami związanymi ze sobą sojuszem politycznym oraz wojskowym; Niemcy wybrały Polskę jako obiekt swojego pierwszego ataku militarnego, także i z tej przyczyny, że świadome były tego, iż w przypadku zaatakowania Francji; nasz kraj dotrzyma swoich sojuszniczych zobowiązań i rozpocznie zaczepne działania militarne na wschodnich granicach III Rzeszy. A to oznaczałoby dla III Rzeszy coś, czego się Niemcy obawiali się najbardziej. Konieczność prowadzenia wojny jednocześnie na dwóch frontach.
Adolf Hitler musiał wyciągnąć taki wniosek, chociażby - z niewątpliwie znanej Niemcom z ich źródeł wywiadowczych - złożonej jeszcze w roku 1934 Francuzom przez Józefa Piłsudskiego propozycji rozpoczęcia przeciwko Niemcom wojny prewencyjnej jako reakcji na wkroczenie Wehrmachtu do Nadrenii-Westfalii, czyli złamanie przez Niemcy niebywale istotnego postanowienia Traktatu Wersalskiego nakazującego demilitaryzację tej części niemieckiego terytorium. Francuzi pozostali wówczas głusi na tę niebywale ważną dla zachowania pokoju w Europie polską propozycję. Zaś w 1939 roku.... Maurice Chevalier śpiewał dla francuskich żołnierzy obsadzających Linię Maginota chwytliwy niebywale szlagier o tym, że żaden Francuz nie ma przecież ochoty umierać za jakiś tam Gdańsk... ani za Westerplatte czy też Polską Pocztę - w tymże Gdańsku...
Tego stanu rzeczy - Niemcy najwyraźniej także byli świadomi...

Piotr Jan Nasiołkowski



Fotografie ilustrujące artykuł pochodzą z internetu oraz zbiorów własnych autora. Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

Ostatnie komentarze

  • łokoplastyk powiedział(a) Więcej
    Jak był tam fotoradar to samochody jeździły dużo wolniej i łatwiej było wjechać na E7, ale fakt faktem że to... 7 godzin temu
  • Edek powiedział(a) Więcej
    Jechalem zobaczyłem paranoja z południa na północ nie ma przyjazdu co za k... to wymyslil 11 godzin temu
  • Piotr Jan Nasiołkowski powiedział(a) Więcej
    Nie mówiłem o ustalaniu winy za spowodowanied wypadku. Mówiłem o PRZYCZYNACH wypadku. Wina jest jednym z elementów.... 13 godzin temu